W dalekim Bagdadzie, w czasach, gdy lampy oliwne oświetlały ulice, żył pewien żeglarz imieniem Sindbad. Był to człowiek odważny, ciekawy świata i zawsze uśmiechnięty. Kiedy tylko spoglądał na horyzont, jego serce zaczynało bić szybciej, jakby morze wołało go po imieniu.
Pewnego dnia Sindbad powiedział do swoich przyjaciół:
— Moi drodzy, morze znów mnie wzywa! Czas wyruszyć w podróż, po przygodę i skarby, o jakich świat jeszcze nie słyszał!
Załoga załadowała statek daktylami, dywanami i amforami pełnymi wody. Gdy wiatr napełnił żagle, statek odbił od brzegu i ruszył ku błękitnemu niebu, które spotykało się z oceanem.
Przez wiele dni płynęli spokojnie, aż pewnego ranka zobaczyli coś niezwykłego - zieloną wyspę pośród morza. Na wyspie rosły palmy, śpiewały ptaki, a woda w strumieniach była czysta jak kryształ.
— Zatrzymajmy się tutaj! — zawołał Sindbad. — Zrobimy ognisko, zjemy coś i odpoczniemy.
Załoga z radością zeszła na ląd. Niektórzy zbierali owoce, inni rozkładali namioty. Sindbad postanowił rozpalić ogień, by ugotować rybę, którą złowił rano.
Lecz kiedy tylko iskra z krzesiwa spadła na ziemię, wydarzyło się coś dziwnego.
Ziemia pod jego nogami drgnęła. Potem znów - i jeszcze raz, coraz mocniej!
— Co to było?! — krzyknął kucharz.
— Trzęsienie ziemi?! — zawołał sternik.
Sindbad rozejrzał się szeroko otwartymi oczami… i zamarł z wrażenia.
Zielona „wyspa”, na której stali, zaczęła się ruszać. Jej brzegi falowały jak skóra wielkiej ryby, a z morza uniósł się olbrzymi ogon!
— To nie wyspa! — zawołał Sindbad. — To wieloryb!
Ogromne stworzenie, które dotąd spało spokojnie na powierzchni, obudziło się od ciepła ognia. Zaryczało głęboko, a potem zanurkowało w głąb oceanu. W jednej chwili fale uniosły statek wysoko, a ludzi rozrzuciły na wszystkie strony jak muszelki.
Sindbad chwycił kawałek drewna i z całych sił utrzymywał się na wodzie. Wokół niego morze szumiało, a niebo ciemniało. Fale niosły go przez wiele godzin, aż wreszcie o świcie zobaczył w oddali brzeg - prawdziwą wyspę, nieruchomą i spokojną.
Zmęczony, głodny, ale szczęśliwy, że żyje, Sindbad dotarł do lądu. Wspiął się na brzeg i zasnął w cieniu drzewa kokosowego.
Kiedy się obudził, obok niego stała grupa ludzi ubranych w kolorowe szaty. Mieli turbany na głowach i nosili ze sobą kosze pełne owoców.
— Kim jesteś, przybyszu? — zapytał starszy mężczyzna.
— Jestem Sindbad, żeglarz z Bagdadu. Burza rozdzieliła mnie z moją załogą.
Mieszkańcy wyspy przyjęli go serdecznie. Zaprowadzili go do swojego króla - mądrego władcy, który lubił słuchać opowieści o dalekich podróżach.
Król uśmiechnął się, gdy Sindbad opowiedział mu o wielorybie-wyspie.
— Och, mój drogi Sindbadzie — powiedział z rozbawieniem — morze lubi płatać figle podróżnikom. Ale dziś los ci sprzyja. Odpocznij u nas, a potem pomożemy ci wrócić do Bagdadu.
Sindbad został więc na wyspie kilka tygodni. Pomagał rybakom naprawiać sieci, bawił dzieci opowieściami o swoich przygodach, a wieczorami siedział z królem, pijąc sok z mango i patrząc na zachody słońca.
Z czasem zapragnął jednak wrócić do domu. Król podarował mu piękne dary: tkaniny z jedwabiu, worek pereł i złoty kompas, „aby zawsze wskazywał mu drogę do przygody”…