Tekst bajki
W pewnym domu na skraju małego miasteczka mieszkało sobie dwoje dzieci – Hania i Jaś. Nie byli jak z bajki. Byli lepsi. Prawdziwi.
Hania była starsza. Urodziła się jako pierwsza i od samego początku była jak mała iskra: bystra, bywało że zbyt dociekliwa, ale z sercem jak dom – zmieściłby się w nim cały świat. Interesowały ją rzeczy, które innym dzieciom wydawały się nudne. Pytała o wszystko. Dlaczego liście spadają? Jak działa prąd? Czy jednorożce naprawdę nie istnieją? No właśnie – jednorożce. Miała na ich punkcie fioła. Rysowała je, wycinała, robiła z papieru, śniła o nich. Ale to nie był taki dziecięcy „etap” – to była jej prywatna magia. Wierzyła w nie bardziej niż w to, że rano trzeba się uczesać (a to już dużo mówi).
Jaś był młodszy, ale to nie znaczy, że był w cieniu siostry. O nie. On był zupełnie inny – buntowniczy, choć bardziej wrażliwy. Lubił przytulać się do mamy i taty, zadawać pytania, ale tylko wtedy, kiedy miał pewność, że nikt się z nich nie śmieje. I kochał psy. Tak serio-serio. Mógł godzinami oglądać filmy o psach, śledzić psy sąsiadów, a na spacerze z rodzicami zawsze wypatrzył je pierwszy. Od urodzenia miał pod górkę. Nie wszystko w jego ciele działało tak, jak powinno. Lekarze mówili trudne rzeczy, a rodzice płakali po cichu w kuchni. Dziś Jaś porusza się na wózku, ale to nie definiuje go jako człowieka. Jest po prostu Jasiem. Tym samym, który śmieje się najgłośniej przy stole i ma zawsze jedno pytanie za dużo. Ich rodzice – Magda i Tomek – znali się jeszcze ze szkolnych lat. Z tych czasów, gdy człowiek je chipsy i myśli, że wie wszystko o świecie. A jednak... udało im się zbudować dom, w którym dzieci były ważniejsze niż wszystko inne.
Pewnej soboty, gdy było jeszcze lato, a trawa pachniała jak wspomnienie wakacji, Tomek powiedział: – „Chodźmy do lasu. Do tej polany, gdzie kiedyś byliśmy z Hanią, pamiętacie?” Hania już wciągała buty. Jaś też się uśmiechnął szeroko. Polana była ich wspólnym sekretem – miejscem, gdzie poziomki rosły jakby dla nich, a liście szeleściły jak bajki. Pojechali. Tomek prowadził, Magda opowiadała o jakimś durnym żarcie z pracy, Hania planowała, co zabierze do magicznej kryjówki, a Jaś myślał o tym, czy przypadkiem nie spotkają jakiegoś dzikiego psa. Gdy dotarli, wszystko wyglądało… zwyczajnie. Ale tylko przez chwilę.
Na środku polany stał... biały koń? Nie, nie koń. Coś więcej. Hania zamarła. – „Jaś... widzisz to samo co ja?” – „Chyba tak... to... jednorożec?” I wtedy to „coś” odwróciło się w ich stronę. Białe futro, grzywa jak rozlane pastele i oczy – ludzkie. Ciepłe. Prawdziwe. Obok niego – piesek. Mały, kudłaty, biszkoptowy. Miał różową bandamkę i biegał w kółko jak szalony. Jednorożec przemówił – nie przez usta, tylko jakoś… prosto do serca: – „Nie wszyscy mnie widzą. Tylko ci, którzy mają odwagę być sobą.” Hania i Jaś nie powiedzieli ani słowa. Po prostu patrzyli. – „Potrzebuję was. Ten las umiera. Mgła zabiera jego magię. Tylko dzieci, które się nie boją inności, mogą go uratować.”
Prowadzeni przez psa (który, jak się okazało, miał na imię Bzik), ruszyli wgłąb lasu. Zrobiło się chłodniej, cicho, jakby drzewa przestały oddychać. W końcu mgła zrobiła się tak gęsta, że wózek Jasia zatrzymał się. – „Nie mogę przejechać...” – „To ja cię popcham” – powiedziała Hania. I bez słowa zaczęła go prowadzić. – „Wiesz, że jesteś najlepszą siostrą?” – mruknął Jaś. – „Wiem” – odpowiedziała. – „Ale i tak dobrze to usłyszeć.” Z mgły wyłoniła się postać. Nie potwór. Nie wiedźma. Raczej... cień człowieka. – „Dlaczego tu przyszliście?” – zapytała. – „Ten las nie ma już dla was nic. Nadzieja to złudzenie.” Hania odetchnęła głęboko. – „Bo może i jesteśmy tylko dziećmi. Ale potrafimy kochać. I wierzyć.” – „A ja się nie poddaję” – dodał Jaś. – „Choć nie zawsze jest łatwo. I to chyba wystarczy, prawda?” Postać zaczęła się kruszyć jak popiół na wietrze. W jednej chwili las się rozjaśnił. Mgła zniknęła. Pojawiły się motyle, zapach ziół, śpiew ptaków. Jakby ktoś wrócił światłu przełącznik.
Jednorożec podszedł do nich i powiedział: – „Zrobiliście więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Ale najważniejsze: zrobiliście to razem.” Piesek Bzik usiadł obok Jasia, położył mu głowę na kolanach i zasnął. – „To mój pies?” – zapytał chłopiec. – „Nie. To wasz pies. Bo wasze serce jest jego domem.” Gdy wrócili na polanę, rodzice siedzieli na kocu, popijając herbatę. – „Ale długo was nie było. Śniliście coś?” – zapytała mama. Hania i Jaś spojrzeli na siebie i tylko się uśmiechnęli. Ale zanim ruszyli do samochodu, Jaś wyjął z kieszeni... różową bandamkę.