O tej bajce
Mały smok Felek boi się ognia i zamiast płomieni wydmuchuje dym, bańki i konfetti. Kiedy podczas smoczego święta jego kuzyn Leon zostaje uwięziony przez suche gałęzie, Felek po raz pierwszy zieje prawdziwym ogniem - choć konfetti i tak zostaje mu na zawsze.
Tekst bajki
Wysoko w górach, tam, gdzie chmury zaczepiały się o skaliste szczyty, znajdowała się ogromna smocza jaskinia.
A właściwie nie jedna jaskinia.
Były tam setki jaskiń.
Małe jaskinie dla małych smoków. Wielkie jaskinie dla wielkich smoków. Jaskinie z gorącymi źródłami, jaskinie pełne błyszczących kamieni, a nawet jedna, w której mieszkał smok tak stary, że pamiętał czasy, kiedy góry były jeszcze całkiem małe.
W największej z jaskiń mieszkał mały smok o imieniu Felek.
Felek miał zielone łuski, krótkie skrzydła, trochę za duże łapy i ogon, który bardzo często robił coś zupełnie innego, niż Felek sobie życzył.
Ale najbardziej niezwykłe w Felku było coś jeszcze.
Felek bał się ognia.
Bardzo.
Bardzo, bardzo.
A to był pewien problem.
Bo każdy smok, kiedy dorastał, musiał nauczyć się ziać ogniem.
Pewnego ranka tata Felka powiedział:
— Synku, dziś jest wielki dzień.
Felek spojrzał na niego podejrzliwie.
— Jaki?
— Zaczynasz naukę ziania ogniem!
Felek zamarł.
— Dzisiaj?
— Dzisiaj.
— A może jutro?
— Jutro też będzie dzisiaj… tylko że jutro.
Felek westchnął.
— A może wcale?
Mama Felka uśmiechnęła się.
— Każdy smok musi kiedyś spróbować.
Felek spojrzał na stojącą obok pochodnię i zauważył że płomień zatańczył na jej końcu.
— On się na mnie patrzy.
Tata zerknął na pochodnię.
— Płomień?
— Tak.
— I co robi?
— Patrzy.
— Płomienie nie mają oczu.
Felek zmrużył oczy.
— Ten ma.
Pierwszą lekcję przeprowadził tata.
Zaprowadził Felka do dużej kamiennej sali, gdzie na środku stał pusty pień drzewa.
— Dobrze — powiedział tata. — Najpierw weź głęboki oddech.
Felek nabrał powietrza.
Wypiął brzuch.
Zamknął oczy.
I dmuchnął.
— Fuuuuuu!
Z jego pyska wyleciała ogromna chmura dymu.
Dym zakręcił się pod sufitem, opadł na ziemię i przykrył całą salę.
Felek kaszlnął.
— Ognia nie ma.
— Nie ma — przyznał tata.
— Coś jednak jest — pomyślał Felek.
— Jest za to bardzo dużo dymu.
Felek pokiwał głową.
— To może być przydatne.
— Do czego?
Felek pomyślał.
— Do… zadymiania.
Tata uśmiechnął się.
— Na początek może być.
Następnego dnia spróbowali jeszcze raz.
Felek nabrał powietrza.
Wypiął brzuch.
Zamknął oczy.
I dmuchnął.
Tym razem z jego pyska wyleciały trzy wielkie bańki.
Plop.
Plop.
Plop.
Jedna bańka odbiła się od nosa taty.
Druga od sufitu.
Trzecia pękła na głowie Felka.
— To chyba nie jest ogień — powiedział Felek.
— Zdecydowanie nie.
— Ale ładne.
— Bardzo.
W końcu mama postanowiła pomóc.
— Musisz przestać myśleć o tym, że się boisz — powiedziała.
— Jak?
— Pomyśl o czymś gorącym.
Felek pomyślał.
— O zupie?
— Dobrze.
— O gorących kamieniach?
— Świetnie.
— O tym, jak gorąca jest moja kąpiel?
— Doskonale.
Felek zamknął oczy.
Wyobraził sobie wielką miskę gorącej zupy.
Nabrał powietrza.
Wypiął brzuch.
I dmuchnął.
— PFFF!
Z jego pyska wyleciał strumień… konfetti.
Kolorowe papierki posypały się po całej sali.
Mama zamrugała.
Tata też zamrugał.
Felek spojrzał na konfetti.
— To chyba nie jest zupa.
— Nie — powiedziała mama.
— Nie jest też ogniem.
— Nie.
— Ale wygląda świątecznie.
Tata podniósł jeden papierowy kawałek.
— Bardzo świątecznie.
I tak Felek ćwiczył.
Próbował z tatą.
Próbował z mamą.
Próbował nawet w smoczej szkole.
Jego nauczycielem był pan Bazyl, ogromny, pomarańczowy smok z wąsami tak długimi, że czasami przydeptywał je własnymi łapami.
— Zianie ogniem zaczyna się tutaj — powiedział, wskazując na brzuch.
— Tutaj? — zapytał Felek.
— Tutaj.
— A potem?
— Powietrze wędruje przez gardło.
— A potem?
— Przez nos?
— Nie przez nos!
— Szkoda.
Pan Bazyl westchnął.
— Przez gardło. Potem do pyska. I…
— Ogień?
— Ogień.
Felek przełknął ślinę.
— A jeśli się nie uda?
— To spróbujesz jeszcze raz.
Felek spróbował.
Najpierw wypuścił dym.
Potem bańki.
Potem zrobił tak kichający odgłos, że z jego pyska wyleciała mała chmurka iskier.
Jedna iskierka zatańczyła w powietrzu.
Felek otworzył szeroko oczy.
— Widziałem!
— Co? — spytał pan Bazyl.
— Iskrę!
Pan Bazyl uśmiechnął się.
— Właśnie.
Felek popatrzył na swoją łapę.
— To była moja?
— Twoja.
Felek uśmiechnął się, ale iskra zgasła.
I następnego dnia nie pojawiła się już ani jedna.
Minęło kilka tygodni.
Wszystkie młode smoki z klasy potrafiły już ziać ogniem.
Małe płomyki.
Duże płomienie.
Niektóre smoki potrafiły nawet zrobić ognistą kulę.
A Felek?
Felek nadal robił bańki.
Pewnego wieczoru siedział przed jaskinią.
Patrzył na góry.
Obok niego usiadła mama.
— Smutny?
Felek pokiwał głową.
— Wszyscy potrafią.
— Ach, ty też potrafisz wiele rzeczy.
— Ale nie ogień.
Mama objęła go skrzydłem.
— Jeszcze nie.
Felek spojrzał na nią.
— A jeśli nigdy mi się nie uda?
— Wtedy będziemy szukać czegoś, co potrafisz.
Felek uśmiechnął się lekko.
— Bańki?
— Bańki.
— Konfetti?
— Konfetti też.
— Dym?
— Zwłaszcza dym.
Felek zachichotał.
Następnego dnia smoki urządziły wielkie święto.
Na zboczu góry ustawiono stoły. Były owoce, ciastka, pieczone kasztany i wielkie dzbany słodkiego soku.
Młode smoki miały pokazać swoje umiejętności.
Jeden z nich zrobił trzy ogniste kule.
Drugi podpalił małą kupkę drewna.
Trzeci wypuścił z pyska tak długi płomień, że wszyscy zaczęli klaskać.
Felek stał z tyłu.
Nie chciał próbować.
Nie dzisiaj.
Nagle jednak usłyszał:
— Pali się!
Wszyscy odwrócili głowy.
Wiatr porwał płomień z jednej z pochodni i przeniósł go na suche liście. Ogień szybko rozprzestrzenił się po zboczu.
Smoki zaczęły biegać we wszystkie strony.
— Wody!
— Zabierzcie małe smoki!
— Szybko!
Felek już chciał pobiec za innymi, kiedy usłyszał:
— Felek!
Odwrócił się.
W małej bocznej jaskini stał jego młodszy kuzyn, Leon. Przed wejściem leżała sterta suchych gałęzi, która zablokowała przejście.
— Nie mogę wyjść! — zawołał Leon.
Felek podbiegł i spróbował przesunąć gałęzie.
Ani drgnęły.
Spojrzał na zbliżający się ogień.
Serce zaczęło mu walić.
— Boję się — szepnął.
Ale Leon wciąż był w środku.
Felek nabrał powietrza, wypiął brzuch i dmuchnął.
— FUUUUUU!
Z jego pyska wyleciała ogromna chmura dymu.
— Nie teraz! — jęknął.
Dym szybko się rozwiał.
Felek spojrzał na suche gałęzie i spróbował jeszcze raz.
Nabrał powietrza.
Wypiął brzuch.
Otworzył pysk.
— Fssssss!
Z pyska wyskoczyła mała iskierka.
Felek zamrugał.
Spróbował ponownie.
Tym razem pojawił się mały płomień.
— Ogień! — zawołał ze zdumieniem.
Skierował płomień na suche gałęzie.
Jedna zajęła się ogniem, potem druga. Po chwili cała sterta zaczęła się rozpadać i zsuwać ze zbocza.
— Wolne! — krzyknął Leon.
Wybiegł z jaskini prosto w ramiona mamy.
Felek spojrzał na swój pysk.
— Czyli jednak potrafię.
Tata podbiegł do niego i mocno go przytulił.
Podszedł też pan Bazyl. Poprawił swoje długie wąsy.
— No proszę. Pierwszy ogień.
Felek uśmiechnął się szeroko.
— I nawet niczego nie podpaliłem.
Pan Bazyl rozejrzał się po płonących krzakach.
— Jeszcze.
Felek zachichotał.
Chwilę później pożar został ugaszony, a smoki wróciły do świętowania.
Pan Bazyl poklepał Felka po ramieniu.
— Wygląda na to, że lekcja ziania ogniem zakończyła się sukcesem.
Felek spojrzał na swój pysk.
— To mogę spróbować jeszcze raz?
— Możesz.
Felek nabrał powietrza.
Wypiął brzuch.
Otworzył pysk.
I…
— PFFF!
Z jego pyska wyleciała wielka chmura dymu.
Potem trzy bańki.
A na końcu…
PFFF!
Całe konfetti, które Felek najwyraźniej nadal miał gdzieś w środku, posypało się na wszystkich.
Jedna papierowa gwiazdka przykleiła się do nosa pana Bazyla.
Druga wylądowała na głowie taty.
Trzecia przykleiła się do ogona Felka.
Zapadła cisza.
Pan Bazyl spojrzał na gwiazdkę na swoim nosie.
Potem na Felka.
— Ogień już potrafisz.
Zdjął papierową gwiazdkę.
— Teraz przydałaby ci się lekcja dmuchania bez konfetti.
Felek roześmiał się tak mocno, że aż kichnął.
— PFFF!
Tym razem z jego pyska wyleciała tylko jedna bańka.
Wszyscy spojrzeli na nią.
Bańka powoli wzniosła się nad stoły.
A potem…
Plop.
Spadła prosto do dzbana ze słodkim sokiem.
Felek spojrzał na dzban.
— Ups.